Podsumowując pierwszy dzień świąt – kolację wigilijną:
*umierałam z głodu cały dzień, na dodatek kolacja spóźniła się 1,5 h,
*prawie straciłam aparat,
*aparat, choć żywy, śmierdzi kompotem z suszonych śliwek,
*zostałam zalana kompotem (w towarzystwie w/w aparatu),
*kłótnia rodzinna, choć w wersji light – zaliczona,
*hałas, harmider, pokazy wokalno-akordeonowe i dzikie krzyki grona dzieciaków,
*a cały dzień ukoronowany bólem głowy.
Wesołych Świąt!
Bo moje to porażka. Za rok jadę w jakieś tropiki, bo nawet śniegu teraz nie ma. To wszystko, to jakaś ironia losu.