Zbliża się koniec najdłuższych wakacji mojego życia, a ja nie mogę się pozbyć natrętnej myśli, że zmarnowałam ten długi czas, w którym miałam do zrobienia tyle rzeczy. Tyle zaległości nazbieranych w klasie maturalnej, które miały zaowocować właśnie w tym czasie. Po cichu się usprawiedliwiam, że przecież pracowałam miesiąc. Miesiąc! W porównaniu do czasu, który spędziłam nic nie robiąc, wydaje się to zaledwie kroplą w morzu. Z drugiej strony wreszcie mogłam oddać się błogiemu lenistwu z książka w ręce, którego ostatnimi czasy tak bardzo mi brakowało. A najlepszym w tym wszystkim był brak wszechobecnego stresu. Nigdzie się nie spieszyłam, chodziłam wieczorami do kina, popołudniami spotykałam się z przyjaciółmi (choć tak naprawdę te spotkania stanowią znikomy procent czasu), gotowałam, czytałam nierzadko do 5 rano fascynującą powieść, przez którą zatracałam poczucie czasu.
Teraz trochę się boję tego powrotu. Ten czas zleciał tak szybko. Gdy rano obudziły mnie wpadające przez okno promienie słoneczne, a po otworzeniu okna otulił rześki, świeży wiaterek poczułam w powietrzu nadchodzącą wiosnę. No właśnie. Wiosnę. Nie mogę się pogodzić z tym, że słońca teraz będę widzieć coraz mniej i coraz krócej. Jestem istotą ciepłolubną, dlatego nawet upały były dla mnie lepsze, niż gruba warstwa chmur i deszcz. Oby jesień dała mi skosztować jeszcze wrześniowego ciepła i niezbyt szybko zatonęła w pochmurnym i deszczowym listopadzie.